wtorek, 24 października 2017

Kolejne nieudane eliminacje dla "Oranje", co dalej z prekursorami futbolu totalnego?

Kolejne nieudane eliminacje dla "Oranje", co dalej z prekursorami futbolu totalnego?


Pojęcie futbolu totalnego od lat 70-tych kojarzone jest z holenderską piłką, która pod wodzą słynnego Rinusa Michelsa i jego innowacyjnej taktyki zrewolucjonizowała piłkę nożną na długie lata. Sama reprezentacja "Oranje" stała się jedną z najbardziej wymagających reprezentacji z jaką trzeba było się mierzyć. Sukcesy w 1974 roku czy 1978 roku na Mistrzostwach Świata, a także Mistrzostwo Europy z 1988 roku pokazały, że w tym niewielkim kraju drzemie niesamowity potencjał. Futbol totalny miał być gwarancją sukcesu na wieki. Jednak od 2014 roku prekursor tych taktycznych zasad jest tylko cieniem dla swoich poprzedników.  
 
Ludzie, którzy rozpowszechnili futbol totalny.

Taktyka futbolu totalnego może nigdy nie przyniosła "Oranje" triumfu w postaci wygranej w Mistrzostwach Świata ale przyczyniła się do kilku mniejszych sukcesów reprezentacji Holandii jak i wielu większych sukcesów w piłce klubowej. Schemat futbolu totalnego został w późniejszych latach przekształcony przez zawodników, którzy wraz z Michelsem wprowadzali tą taktykę w życie,  a co za tym idzie został on przeniesiony do wielu innych europejskich potęg. Reprezentacja "Oranje" już zawsze będzie kojarzona z taką właśnie taktyką. 

Kolejne sukcesy futbolu totalnego miały przynieść triumf w 2000 roku, gdy Mistrzostwa Europy rozgrywane były w Belgii i Holandii. Wtedy "Oranje" prowadzeni przez Franka Rijkaarda odpadli w półfinale z reprezentacją Italii po rzutach karnych i nie zdobyli tytułu na własnym terenie, mimo przekonującej i efektownej grze. W 2002 roku Holendrów o dziwo zabrakło na mundialu w Korei i Japonii, co okazało się wielką niespodzianką. Z kolei w 2004 roku na Euro w Portugalii popularni "Oranje" znów dotarli do półfinału, ulegając gospodarzowi turnieju. Zmagania o Mistrzostwo Świata z 2006 oraz Europy z 2008 to niepowodzenia pod wodzą byłego znakomitego napastnika oraz jednej z największych gwiazd z 1988 roku - Marco van Bastena, który zrezygnował z doświadczonych piłkarzy i dał szansę młodszemu pokoleniu. Jednak okazało się, że zamiast sukcesów pozostał duży niedosyt. 
Mistrzowie Europy z 1988 roku pod wodzą Rinusa Michelsa.


Przed Mistrzostwami Świata w 2010 roku nowym selekcjonerem został Bert van Marwijk, który zamiast widowiskowej gry wolał oglądać konsekwentną grę, która przynosiła efekty w postaci zwycięstw. "Oranje" na mundialu w RPA dotarli do finału, eliminując m.in. Brazylię oraz Urugwaj, lecz w finale po raz kolejny musieli uznać wyższość przeciwnika, którym była Hiszpania. To właśnie reprezentacja "La Furia Roja" stała się godnym następcą futbolu totalnego nazywanego w Hiszpanii "Tiki Taką". Bardzo udane Mistrzostwa na afrykańskim kontynencie nie przełożyły się na sukces choćby na Euro w 2012 roku rozgrywanym na boiskach Polski i Ukrainy. Wydawało się, że niektóre gwiazdy "Oranje" powoli będą żegnać się z występami w reprezentacji. W 2014 roku mundial rozgrywany w Brazylii znów okazał się szczęśliwym i opiewającym w sukcesy reprezentacji Holandii. Tym razem pomarańczowi stanęli na najniższym szczeblu, podium zajmując trzecie miejsce, a Louis van Gaal jeszcze raz postawił w tym mundialu na tych najbardziej doświadczonych żołnierzy jak: van Persie, Robben, Sneijder, Nigel de Jong czy Kuyt. 
 
Trio - Robben , van Persie, Sneijder doprowadziło do sukcesów w 2010 i 2014 roku.

Od kolejnych eliminacji Holendrzy wyglądali tak jakby zapomnieli jak się gra w piłkę i co jest ich największą siłą. Przespali początek kwalifikacji do Euro 2016 i koniec końców nie pojechali na turniej do Francji, co w kraju tulipanów przyjęte zostało jako wielkie niepowodzenie, a nawet klęskę. Trzeba jednak pamiętać, że największe gwiazdy spisywały się słabo lub leczyły kontuzje, a obiecująca młodzież nie spełniła pokładanych w nich nadziei. Każda porażka często pobudza nową nadzieje i siłę do walki... tak też miało być w eliminacjach do  przyszłorocznego mundialu w Rosji. Mimo iż Holandia pokazała już trochę lepszą grę w kwalifikacjach, to musiała uznać wyższość Francji oraz Szwecji i po raz kolejny nie zobaczymy "Oranje" na wielkim piłkarskim turnieju.
Minęły już prawie 4 lata od ostatniego udanego turnieju dla tej reprezentacji, największe gwiazdy oraz zawodnicy na których opierała się siła pomarańczowych pokończyli już swoje kariery lub zbliżają się ku jej końcowi. Po nieudanych eliminacjach do mundialu w Rosji, karierę reprezentacyjną postanowił zakończyć jeden z najlepszych w poprzednich latach - Arjen Robben, skrzydłowy Bayernu był jednym z ostatnich zawodników, którzy pamiętają sukcesy choćby z 2010 czy 2014 roku.
 
Arjen Robben już wie, że najlepsze czasy dla "Oranje" minęły.

Widać, że futbol totalny w wykonaniu reprezentacji Holandii już dawno przekształcił się w twór, który nie ma nic wspólnego z tak znakomitą taktyką wymyśloną przez Michelsa, a praktykowaną później przez Johana Cruyffa oraz wielu innych. "Oranje" zmuszeni są teraz do szukania nowego stylu ale i przede wszystkim do wynalezienia nowego pokolenia piłkarzy, które znów pozwoli wznieść się na wyżyny swoich umiejętności. Niestety starsze pokolenie jak Robben czy Sneijder już nie zbawią pomarańczowych.
Szkółki piłkarskie w Holandii nadal produkują piłkarzy, którzy mają potencjał do zostania wielkimi gwiazdami piłki nożnej, jednak na tą chwilę nie przekładają tych umiejętności na boisku, co nie profituje w sukcesy reprezentacji. Młode gwiazdy szybko opuszczają kluby z Eredivisie na rzecz Premiership, Bundesligi, czy LaLiga, by po jednym sezonie przenieść się do słabszych piłkarsko lig i tam szukać odbudowy. Taki rozwój sytuacji nie sprzyja ani obiecującym młodym zawodnikom ani samej reprezentacji. Można wysunąć wniosek, że Holandia sama jest sobie winna, ponieważ długo polegano na zasłużonych reprezentantach, a nie stawiano na najbardziej obiecujących graczy, co spowodowało, że nastąpiła przepaść pokoleniowa, którą ciężko teraz odbudować. Reprezentację powinien także objąć ktoś z nowym pomysłem, od lat związek powiela takie same nazwiska w roli selekcjonera jak: Advocaat, van Gaal czy Hiddink. Może czas najwyższy dać szansę trenerowi spoza Holandii i po raz kolejny zrewolucjonizować system taktyczny piłki nożnej. Kto wie czy szansy na poprowadzenie reprezentacji nie powinni dostać Phillip Cocu (aktualnie trener PSV) lub Giovanni van Bronckhorst (aktualnie Feyenoord), którzy należeli do jednych z najwybitniejszych reprezentantów pomarańczowych, a teraz dobrze spisują się w roli klubowych trenerów. Mogliby także razem poprowadzić Holandię i przeszli by na wzór Szwecji z 2000 roku gdy S
öderberg i Lagerbäck wspólnie prowadzili "Trzy Korony".
 
Czy zobaczymy jeszcze triumfującą reprezentację Holandii ?

Na tą chwilę nadal ufa się w system Dicka Advocaata, który po raz trzeci poprowadzi "Oranje" w roli selekcjonera...może do trzech razy sztuka?
Kolejne eliminacje dla kibiców z kraju tulipanów będą bardzo ważne, a zarazem kluczowe. Z jednej strony muszą odnaleźć swój styl i pokazać, że z Holandią trzeba się liczyć albo znów będzie trzeba przeprowadzić rewolucję, która na długo może wyrzucić "Oranje" z piłkarskiego raju o ile to już nie nastąpiło.
continue reading Kolejne nieudane eliminacje dla "Oranje", co dalej z prekursorami futbolu totalnego?

sobota, 14 października 2017

Spełnieni kontra niespełnieni część II - Chelsea Londyn.

Spełnieni kontra niespełnieni część II - Chelsea Londyn.


Pewnie każdy kibic lub sympatyk futbolu kojarzy nazwisko rosyjskiego multimilionera Romana Abramowicza, który od 2003 roku "pompuje" swoje pieniądze w klub z zachodniego Londynu. Od tego momentu zespół z Stamford Bridge dokonywał coraz bardziej spektakularnych wzmocnień, a wraz z najlepszymi i najbardziej uzdolnionymi piłkarzami przyszły i sukcesy. Chelsea wreszcie zaczęła liczyć się w europejskich rozgrywkach klubowych oraz lidze angielskiej. Istnieje jednak druga strona medalu w erze Abramowicza, którą z pewnością są często nieprzemyślane transfery, a co za tym idzie wydawanie pieniędzy w błoto.
W kolejnej odsłonie spełnieni kontra niespełnieni zajrzymy na Stamford Bridge i przeanalizujemy najgorsze zakupy nie tylko za czasów panowania rosyjskiego multimiliardera ale także weźmiemy pod lupę lata 90.
Inwestycje Abramowicza szybko się spłacały - mistrzowska Chelsea z sezonu 2004/2005.

John Terry oraz Frank Lampard to dwie wielkie ikony "The Blues", lecz bez pomocy takich zawodników jak: Ruud Gullit, Petr Cech, Claude Makelele, Marcel Desailly, Ricardo Carvalho, Jimmy Floyd Hasselbaink, Joe Cole, Ashley Cole, Didier Drogba, Michael Ballack, Michael Essien, Gianfranco Zola, Gianluca Vialli, Dennis Wise, Celestine Babayaro oraz wielu wielu innych nie skompletowaliby takiej ilości pucharów oraz nie staliby się tak rozpoznawalnymi piłkarzami. Wszyscy wyżej wymienieni piłkarze mieli także okazje do gry z wieloma innymi gwiazdami piłki, którzy po przejściu na Stamford Bridge nie prezentowali się ze swojej najmocniejszej strony.
Zanim klub z zachodniego Londynu trafił w ręce Abramowicza i przeprowadził kilka, a nawet kilkanaście nieprzemyślanych ruchów na rynku transferowym, to podobnych wpadek nie wyrzekną się także wcześniejsi włodarze, których niektóre transfery były wręcz niewytłumaczalne i niepotrzebne.
Pierwszym zawodnikiem, który należy do grona niespełnionych z pewnością jest Brian Laudrup, do zespołu "The Blues" trafił w 1998 roku z Glasgow Rangers. Wydawało się, że Duńczyk zostanie prawdziwą gwiazdą Chelsea, lecz po zaledwie 11 spotkaniach Brian opuścił Anglię i przeniósł się do FC Kopenhagi. Po kilku bardzo udanych sezonach w barwach Blackburn - Chris Sutton - postanowił zmienić otoczenie i za 15mln € trafił do Chelsea. Wystarczył zaledwie jeden sezon na Stamford Bridge by stwierdzić, że nie był to najlepszy wybór dla angielskiego napastnika, 35 spotkań i 2 bramki mówią same za siebie. W 1998 z Lazio do Chelsea za 5mln € trafił 30 letni Pierluigi Casiraghi, który 15 razy wystąpił w koszulce "The Blues" i tylko raz trafił do siatki rywali, co gorsza musiał przedwcześnie zakończyć karierę z powodu kontuzji. Włodarze Chelsea w latach 90-tych byli bardzo aktywni na skandynawskim rynku transferowym. Sprowadzili utalentowanego Mikaela Forssella z Finlandzkiego HJK. Forssell spędził 7 lat w Chelsea, jednak nie można ich  nazwać tłustymi. Fin często był wypożyczany do innych klubów, a gdy już dostawał szansę to zawodził. W sumie zaliczył 42 spotkania i 5-krotnie trafiał dla "The Blues", w wieku 36 lat nadal gra w rodzimej Finlandii. Mark Bosnich należał do utalentowanego pokolenia piłkarzy z Australii, jednak jego kariera w Manchesterze United czy Chelsea nie była taka jaką sobie wymarzył. Tylko 7 spotkań przez dwa lata gry w "The Blues" to bardzo słaby wynik. W tym samym czasie co Bosnich karierę w zespole z zachodniego Londynu rozpoczął utalentowany Holender Boudewijn Zenden, który na Stamford Bridge przybył z samego Camp Nou za 8mln €, jednak jego statystyki pozostawiały wiele do życzenia. Przez 3 sezony wystąpił tylko w 52 meczach, zdobył 4 bramki i miał 9 asyst. Oprócz Zendena z Barcelony do Chelsea powędrował także Emmanuel Petit, francuski pomocnik, który w 1998 zdobył bramkę na 3:0 w finale Mistrzostw Świata, miał być mocnym punktem drużyny Chelsea, lecz przez 3 lata uzbierał 69 występów, zaledwie 2 gole i 7 asyst...trochę mało jak na ważną postać MŚ z 1998 roku.

 
Pierwsi niespełnieni w barwach "The Blues" - Laudrup, Zenden oraz Petit.

Od 2003 roku Chelsea operowała coraz to większym budżetem finansowym, pozwoliło to na dokonywanie bardziej spektakularnych transferów, które nie zawsze były strzałem w dziesiątkę. Pierwszym takim przypadkiem był znakomity argentyński pomocnik - Juan Sebastian Veron - który po niezbyt udanej przygodzie w Manchesterze United postanowił przenieść się do Chelsea i odbudować swoja formę, jednak Anglia nie była mu raczej pisana. W barwach  "The Blues" zaliczył 13 występów, strzelił 1 bramkę i miał 2 asysty. Stamford Bridge opuścił dopiero w 2006 roku, gdy postanowił wrócić do ojczyzny. Wraz z transferem Verona sprowadzono do zespołu utalentowanego napastnika rumuńskiego pochodzenia. Adrian Mutu, bo o nim tutaj mowa, miał stać się zawodnikiem, który swoimi golami zapewni wiele sukcesów Chelsea. Niestety w Londynie spędził tylko jeden sezon, rozegrał 35 spotkań, strzelił 10 goli, zaliczył 9 asyst i  szybko pożegnał się z Premiership. W 2003 roku z Bordeaux przeniósł się rosyjski zawodnik Aleksey Smertin, defensywny pomocnik miał być filarem w środku pola, po raz kolejny nie był to udany transfer. Bilans 25 spotkań, 1 bramka, 2 asysty. W 2006 roku Smertin wrócił do ojczyzny i występował w Dynamie Moskwa. W styczniu 2004 roku szefowie postanowili poszukać wzmocnień w zimowym okienku transferowym i sprowadzili utalentowanego Anglika - Scotta Parkera za 14mln €. Ciekawa suma pieniężna jak na tamte lata, lecz Parker nigdy nie spłacił pokładanych w nim nadziei oraz pieniędzy. 27 spotkań i 1 gol to dorobek w barwach Chelsea. W 2005 roku sprzedano go do Newcastle United. Jiri Jarosik to kolejny przedstawiciel niespełnionego piłkarza w Chelsea. Skauci zauważyli jego umiejętności w CSKA Moskwie i włodarze postanowili wykupić go za 12mln €. Zaledwie po 6 miesiącach nastąpiło wypożyczenie do Birmingham, a w 2006 sprzedano go za 3,5mln € do Celticu - całkowity niewypał, na swoim koncie miał tylko 21 występów. W 2004 roku bardzo głośno zrobiło się wokół serbskiego napastnika z PSV, który zachwycał wszystkich swoją grą w Eredivisie. Mateja Keżman, bo o nim tutaj mowa wzbudził po raz kolejny zainteresowanie Chelsea i za 7,5mln € trafił do Premiership. Keżman okazał się podobnym niespełnionym napastnikiem co Adrian Mutu, w 39 spotkaniach zdobył tylko 6 bramek i w 2005 przeniósł się do Atletico, jedyny plus to taki, że Chelsea zyskała na tej transakcji (sprzedano go za 9mln €). W 2006 Chelsea zagięła parol na utalentowanego baskijskiego obrońcę z Bilbao. Asier del Horno przymierzany był do Barcelony, Realu i wielu innych a wybrał "The Blues". Za 12mln € zakontraktowano defensora, który nie spełnił niestety oczekiwań. 34 spotkania, 1 bramka i 4 asysty nie uratowały go przed opuszczeniem Stamford Bridge. Shaun Wright-Phillips to kolejny przykład zmarnowanego talentu, utalentowany skrzydłowy przeniósł się do Chelsea z Manchesteru City za 31,5mln €, a po trzech latach oddano go z powrotem do tego samego klubu za 11mln €. Wright-Phillips zaliczył co prawda ponad 100 występów ale 10 bramek i 18 asyst przez 3 lata to za mało by utrzymać się w składzie Chelsea.
Argentyńczyk nie będzie dobrze wspominał przygody z Premiership.
 
Nietrafione transfery nie przeszkodziły "The Blues" zdobyć dwóch tytułów mistrza Anglii w sezonach 2004/2005 oraz 2005/2006, jednak dla Abramowicza to nie był szczyt ambicji, chciał by Chelsea zwyciężała w Premiership oraz Lidze Mistrzów co roku. W kolejnych sezonach postanowiono sprowadzić gwiazdy jeszcze większego kalibru. Pierwszym nowym nabytkiem został Khalid Boulahrouz - holenderski środkowy obrońca, który zanotował bardzo dobre występy na MŚ w Niemczech - zdecydował się na transfer do Chelsea. Okazało się, że nie był to najlepszy wybór, tylko 23 występy to jak na 13 milionowy transfer za mało, odejście było nieuniknione. Od momentu odejścia Boulahrouz zaliczył sportowy upadek, pracodawców zmieniał jak rękawiczki, a w 2015 roku zakończył karierę w Feyenoordzie. Drugim obiecującym nabytkiem był w 2006 roku John Obi Mikel, który do Anglii trafił z norweskiego FK Lyn. Nigeryjczyk w przyszłości miał zająć miejsce fenomenalnego Essiena, lecz Mikel tak naprawdę nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Zaliczył 381 występów, ale nie wniósł tyle jakości do zespołu co Michael Essien. Prawdziwą "bombą" transferową w 2006 roku okazały się przenosiny jednego z najwybitniejszych piłkarzy z Ukrainy, Andriy Shevchenko zamienił AC Milan i wybrał ekipę prowadzoną przez charyzmatycznego Jose Mourinho. Włodarze Chelsea zapłacili wówczas za 30 letniego snajpera 43,3mln €. Popularny "Sheva" miał być gwarantem sukcesów drużyny ze Stamford Bridge. Wraz z Didierem Drogbą miał stworzyć duet napastników, który był w stanie rozmontować każdą defensywę. Okazało się, że ukraiński napastnik zatracił swoje najlepsze wartości... czyli strzelanie bramek i po zaledwie dwóch sezonach wypożyczony został do swojego byłego pracodawcy, a w 2009 wrócił do ojczyzny i swojego macierzystego klubu - Dynama Kijów. W barwach "The Blues" wyśrubował 22 bramki, 11 asyst w 77 spotkaniach oraz przez 71 dni leczył kontuzję. Nawet tak znakomity taktyk jak Jose Mourinho nie może wyrzec się fatalnych transferów. Steve Sidwell oraz Claudio Pizarro to piłkarze niespełnieni w barwach Chelsea. Sidwell opuścił dobrze zapowiadające się Reading na rzecz Chelsea, jednak długo nie cieszył kibiców swoimi występami w "The Blues", po marnych 25 występach przeniósł się do Aston Villi. Peruwiańczyk natomiast, który kojarzony jest przez każdego sympatyka Bundesligi, za darmo przeniósł się do Anglii z Bayernu, tam nie potwierdził swoich strzeleckich możliwości, tylko 2 bramki w 32 spotkaniach. Słowacki skrzydłowy Miroslav Stoch to jeden z wielkich talentów, który okazał się za słaby na wielką karierę. Zapowiadał się na jednego z najlepszych na swojej pozycji, a okazał się niespełnionym talentem. Oprócz klubu z zachodniego Londynu odwiedził jeszcze kilka innych zakątków Europy i Świata, a obecnie występuje w Slavii Praga. Każdy kibic, który miał możliwość śledzić rozgrywki w Portugalii wie, że zanim swój wielki talent ujawnił Cristaino Ronaldo, to przed nim był zawodnik, który talentem kusił najlepsze kluby Europy. Ricardo Quaresma, zanim trafił do Chelsea, miał w swoim CV występy w takich zespołach jak Sporting, Barcelona, Porto oraz Inter, a zespół "The Blues" miał w końcu wyzwolić drzemiący w nim talent. Po raz kolejny był to nieskuteczny zabieg, Quaresma co prawda był tylko wypożyczony ale w swoich zaledwie 5 spotkaniach nie przekonał ni to kibiców ni to włodarzy. Scott Sinclair trafił na Stamford Bridge jako jeden z największych talentów w angielskiej piłce, jednak tak naprawdę nigdy nie był szczęśliwy w zachodnim Londynie. Teraz jest ważną częścią drużyny Celtic Glasgow, która ma niepodważalną pozycje w Szkocji. Chelsea po kilku wielkich i nieudanych super-transferach postanowiła postawić na perspektywicznych zawodników, Sturridge czy Kakuta nie należeli do tego grona. Sturridge pełni teraz rolę zmiennika w Liverpoolu i rozmyśla nad opuszczeniem The Anfield, Kakuta miał być ostoją "Trójkolorowych", a zdążył zwiedzić już 3/4 piłkarskiego Świata.
 
Ricardo Quaresma nie prezentował się z najlepszej strony w barwach Chelsea.

Kolejny "hit" transferowy nastąpił w 2011 roku, z Liverpoolu do Chelsea przeszedł "El Nino"... Fernando Torres, którego uważano za jeden z najlepszych napastników w piłce nożnej, postanowił w 2011 za 58,5mln € zmienić barwy klubowe. Torres obok Shevchenki to jeden z najbardziej nieudanych transferów w Świecie piłki, w Chelsea miał się stać najlepszym napastnikiem w historii ale 48 goli w 182 spotkaniach nie wywindowało go na piedestał największych snajperów. Obecnie występuje w klubie w którym się wychował... Atletico Madryt. W 2012 w Brazylii znaleziono talent, który na równi stawiany był z Kaką czy Rivaldo. Lucas Piazon za 7,5mln € opuścił Sao Paulo i wyjechał do Anglii, tam rzeczywistość okazała się drastyczna. W pierwszej drużynie zaliczył tylko 3 występy i do teraz wypożyczany jest do innych klubów, wątpliwe czy kiedykolwiek na dłużej stanie się częścią pierwszej drużyny Chelsea. Obiecujący talent z La Masii - Oriol Romeu spróbował swoich sił w Chelsea w 2011 roku, lecz dwa lata później wypożyczano go do innych klubów, a ostatecznie w 2015 odszedł do Southampton po zaledwie 36 meczach w pierwszej drużynie. Włodarze "The Blues" w latach 2009-2010 bacznie przyglądali się talentowi Romelu Lukaku, który brylował w Anderlechcie, szybko zdecydowano się na transfer młokosa. Lukaku tak naprawdę nigdy nie dostał poważnej szansy gry w Chelsea (15 spotkań, 0 bramek), a Jose Mournho po kilku występach zdegradował go do drugiej drużyny. Obecnie Lukaku po znakomitych występach w Evertonie gra w Manchesterze United pod skrzydłami... właśnie Mourinho.
 
Sheva, El Nino oraz El Tigre - trójka snajperów dla których pobyt na Stamford Bridge nie był sielanką.

2013 rok to kolejne szaleństwa na rynku transferowym w wykonaniu Chelsea. Marin, Schürlle, De Bruyne oraz Salah. Dwóch skrzydłowych z Niemiec, nie zaimponowało fanom ze Stamford Bridge, Marin zaledwie 16 występów, a Schürlle 65 spotkań i słabe statystyki doprowadziły tą dwójkę do zmian barw klubowych, a co gorsza zastopowania ich kariery. Kevin De Bruyne sprowadzony został jako opcja na lata ale podobnie jak Lukaku długo nie zadomowił na Stamford Bridge. Mourinho szybko skreślił perspektywicznego Belga, a ten odszedł do Manchesteru City i teraz udowadnia niedowiarkom z Londynu, że sprzedanie go było błędem. Loic Remy oraz Filipe Luis trafili pod skrzydła Mournho, gdy ten drugi raz objął Chelsea. Remy uważany był za wielki francuski talent, lecz nie potwierdził go w barwach niebieskich - tylko 12 goli w 47 spotkaniach. Gorzej spisał się Brazylijczyk Filipe Luis, który zaliczył tylko 26 występów pod wodzą Portugalczyka i wrócił do Atletico.
 
Andre Schürlle szybko opuścił Stamford Bridge i wrócił do Niemiec.

Pomyłki transferowe w postaci Shevchenki czy Torresa niczego nie nauczyły włodarzy Chelsea, w 2015 z AS Monaco wypożyczono Kolumbijczyka Falcao, który po zerwaniu więzadeł miał wrócić do najlepszej dyspozycji. Nie udało się to w barwach Chelsea, które po roku zrezygnowało z jego usług. Szkoda bo teraz w Monaco dokonuje rzeczy niesamowitych. Wraz z wypożyczeniem "El Tigre" na Stamford Bridge zawitał inny Kolumbijczyk - Cuadrado -  lecz i on nie potwierdził dobrej dyspozycji choćby z Fiorentiny czy Mistrzostw Świata z 2014 roku. Skrzydłowy aktualnie znakomicie radzi sobie w Juventusie Turyn.
Chelsea aktywnie szukała również piłkarzy na rynku Amerykańskim i w 2016 roku z NY Red Bulls sprowadziła obrońcę polskiego pochodzenia. Matt Miazga za 4,6mln € trafił do Londynu i po zaledwie dwóch meczach zrezygnowano z jego usług, aktualnie wypożyczony jest do Vitesse Arnhem ale raczej wątpliwe by jeszcze zagrał w barwach "The Blues". Długą listę zawodników kończy bramkarz, który w swoim dorobku ma mistrzostwo Świata z 2006 roku. Marco Amelia mimo braku regularnej gry w klubie został zakontraktowany przez Chelsea, jednak były to ewidentnie za wysokie progi dla byłego golkipera Genui, Palermo czy Milanu. 

Infografika przedstawiająca te najbardziej niespełnione nazwiska występujące niegdyś w barwach Chelsea.

Widać, że od momentu przejęcia klubu z zachodniego Londynu przez Abramowicza dokonano wielu kosztownych transakcji, które nie zawsze prowadziły do sukcesów zespołu ze Stamford Bridge. Wiele mówiono już o zrezygnowaniu z dalszego "pompowania" pieniędzy przez rosyjskiego miliardera w zespół "The Blues". Jednak co kilka lat klub odnosi sukcesy, które nie blokują finansowania, a wręcz przeciwnie napędzają do jeszcze większych inwestycji choćby w Alvaro Moratę, Tiemoue Bakayoko, N'golo Kante czy Edena Hazarda. Widocznie nadal drzemią w nim nadzieje na milionowe piłkarskie zyski.
continue reading Spełnieni kontra niespełnieni część II - Chelsea Londyn.

środa, 4 października 2017

Serbskie orły w drodze na mundial. Czeka ich sukces czy to tylko huczna zapowiedź, a efekt taki sam jak zawsze?

Serbskie orły w drodze na mundial. Czeka ich sukces czy to tylko huczna zapowiedź, a efekt taki sam jak zawsze?


Na początku lat 90-tych na Półwyspie Bałkańskim doszło do przewrotów oraz rebelii, które doprowadziły do rozpadu Jugosławii na kilka mniejszych państw. Niepodległość odzyskały Chorwacja, Słowenia, Macedonia oraz Bośnia i Hercegowina, w późniejszych latach Czarnogóra i Kosowo dołączyły do państw niepodległych. Przemiany, które nastąpiły, głośno odbiły się na reprezentacji Jugosławii (teraźniejszej Serbii), która poprzez wojny domowe w pełni nie wykorzystała swojego piłkarskiego potencjału. Z jednej strony po rozpadzie Jugosławii większość utalentowanych zawodników postanowiła nosić barwy narodowe choćby Chorwacji czy Słowenii. Z drugiej strony ze względu na międzynarodowe sankcje nałożone przez ONZ, Jugosławia została zawieszona i nie występowała w eliminacjach do najważniejszych imprez piłkarskich w latach 90-tych. Idealnym przykładem będzie tutaj sytuacja z 1992 roku, gdy Jugosławia została zdyskwalifikowana z turnieju mistrzostw Europy, a jej miejsce zajęła Dania, która sensacyjnie weszła w turniej i osiągnęła końcowy triumf. 
Ostatni wielki sukces Serbii, ćwierćfinał EURO 2000 przegrany z Holandią.

Powrót do oficjalnych spotkań nastąpił w eliminacjach do mundialu we Francji w 1998 roku. Serbowie zakwalifikowali się po wygranym dwumeczu barażowym z Węgrami i pojechali do Francji. Niestety mimo solidnej postawy odpadli w 1/8 finału z Holandią i musieli wrócić do domu. W 2000 roku popularne "Orlovi" zakwalifikowały się na mistrzostwa Europy rozgrywane w Holandii i Belgii i po raz kolejny przeszkodą nie do przejścia okazała się reprezentacja "Oranje", która w ćwierćfinale rozgromiła ich aż 6:1. 
W kolejnych latach nastąpił regres, Serbowie w kwalifikacjach spisywali się przeciętnie lub słabo i nie wystąpili na mundialu w Japonii i Korei oraz na Euro 2004 rozgrywanym na boiskach Portugalii. W 2006 roku po wielu zmianach, czy to na ławce trenerskiej czy w związkowych władzach, reprezentacja Serbii i Czarnogóry wywalczyła awans na mistrzostwa Świata w 2006 roku w Niemczech. Wydawało się, że dowodzona przez Iliję Petkovica drużyna powalczy o nieoczekiwany sukces, jednak i ta reprezentacja zawiodła i już po fazie grupowej pożegnała się z turniejem. W kwalifikacjach do Euro 2008 roku reprezentacja występowała już pod nazwą Serbii od której odłączyła się Czarnogóra. Mimo wielu zmian i kolejnej straty piłkarzy Serbowie nie dostali się na turniej w Austrii i Szwajcarii. W 2010 roku znów można było śledzić poczynania serbskich orłów na mundialu w RPA. Drogę Serbii na większość międzynarodowych imprez bez wątpienia można nazwać jedną wielką sinusoidą. Mistrzostwa Świata z 2010 roku były ostatnią wielką imprezą, w której mogliśmy oglądać poczynania bałkańskich techników, których kiedyś nazwano nawet "Brazylijczykami Europy". Serbia nie zameldowała się na ostatnich  trzech wielkich  imprezach, w 2012 i 2016 roku zabrakło ich w Mistrzostwach Europy, a w 2014 nie oglądaliśmy ich w mistrzostwach Świata.
Mimo zwycięstwa z Niemcami na MŚ w 2010 roku, Serbia szybko pożegnała się z turniejem.

W tegorocznych eliminacjach  do  mundialu w Rosji, serbskie orły spisują się bardzo dobrze. Zajmują pierwsze miejsce w grupie i wyprzedzają takie zespoły jak Austria, Walia oraz Irlandia. Trzeba pamiętać, że te trzy wyżej wymienione reprezentacje występowały na Euro we Francji i "na papierze" są potencjalnie mocniejszymi rywalami. Serbia jeszcze nie przegrała spotkania w tych eliminacjach i z 18 punktami prowadzi przed Walią (14 punktów), która była rewelacją Euro w 2016 roku. Do rozegrania pozostały Serbii dwa spotkania z Austrią na wyjeździe oraz z Gruzją na własnym terenie. Te dwa mecze zadecydują o tym czy Serbia bezpośrednio zakwalifikuje się na mundial w Rosji.
Obecny selekcjoner Slavoljub Muslin objął reprezentację w 2016 roku i od tego momentu kadra spisuje się znakomicie. Muslin wcześniej pracował w wielu europejskich klubach, w jego dorobku jest rosyjski Krasnodar czy Amkar Perm, a także francuskie LeMans, Bordeaux czy RC Lens. Serbia jest jego pierwszym przystankiem w roli selekcjonera, nadał jej nowy styl oraz tchnął w nich nowego ducha walki.
Slavoljub Muslin, człowiek który na nowo poukładał reprezentację Serbii.

W tych eliminacjach Serbia przeważnie występowała w ustawieniu 3:4:3, a skład "Orlovi" opierał się na doświadczonych i ogranych na europejskich boiskach zawodnikach. W bramce pewniakiem jest Vladimir Stojkovic, a jego zmiennikiem - młody Predrag Rajkovic, obrona opiera się na Branislavie Ivanovicu, Matiji Nastasicu, Nikoli Maksimovicu, Jagosowi Vukovicu czy Stefanie Mitrovicu. W roli skrzydłowych, a czasem bocznych obrońców, występują Aleksandar Kolarov oraz Antonio Rukavina, których czasem zastępują Ivan Obradovic, Filip Mladenovic oraz Nemanja Miletic. W pomocy Muslin bezsprzecznie stawia na trio Nemajna Matic, Luka Milivojevic oraz Nemanja Gudelj ale ufa także Lubomirowi Fejsie, Nemanji Radoji czy Mijatovi Gacinovicowi. W ataku natomiast główną rolę odgrywają Filip Kostic, Dusan Tadic oraz Aleksandar Mitrovic. Do zmienników należą za to Zoran Tosic, Adem Ljajic, Aleksandar Katai, Aleksandar Prijovic i Andrija Pavlovic.
W tych eliminacjach Serbowie mają wiele powodów do radości
Najskuteczniejsi w tych kwalifikacjach są: Aleksandar Mitrovic, napastnik Newcastle w ostatnich sezonach znany był bardziej ze swojego krewkiego charakteru niż ze skuteczności w polu karnym, lecz dla trenera Muslina w 7 meczach eliminacji zdobył 6 bramek i jest najskuteczniejszym napastnikiem "Orlovi". Poza Mitrovicem dobrze spisuje się Dusan Tadic, zawodnik Southampton w 8 spotkaniach eliminacyjnych zdobył 4 bramki i zaliczył 7 asyst. Filip Kostic z HSV zaliczył 2 bramki i 4 asysty w 8 spotkaniach, a Aleksandar Kolarov występujący teraz w Romie zaliczył 6 spotkań, asystując i strzelając dwukrotnie.
Dusan Tadic (#10) oraz Aleksandar Mitrovic (#9) to  najskuteczniejsi zawodnicy "Orlovi" w tych eliminacjach.

Kadra Serbii jest jedną z najsolidniejszych w tych eliminacjach i jeżeli w ostatnich dwóch spotkaniach nie zdarzy się katastrofa to znów zobaczymy serbskie orły na mundialu. Oby tym razem zawodnicy bardziej postarali się i w końcu pokazali drzemiący w nich potencjał. Przecież w końcu muszą zrzucić łatkę tych wiecznie utalentowanych, lecz stale niespełnionych piłkarzy w reprezentacyjnej piłce. W kadrze już dawno nie ma takich zawodników jak Dejan Stankovic, Sinisa Mihajlovic, Predrag Mijatovic, Savo Milosevic czy wielu wielu innych. Lecz wciąż na bałkańskim półwyspie wyrastają piłkarze, którzy chcą stać się ich następcami. Zapewne nowe pokolenie chce też pokazać, że wewnętrzne konflikty to już przeszłość i teraz liczy się jedność oraz wspólny cel. Z innego punktu widzenia bardzo trudno będzie osiągnąć tak wysoki poziom, by walczyć jak równy z równym z zespołami pokroju Hiszpanii, Francji, Niemiec czy Brazylii. Jednak Slavoljub Muslin jest trenerem, który może to osiągnąć i wraz ze swoją ferajną stać się nowymi bohaterami serbskiej piłki.       
continue reading Serbskie orły w drodze na mundial. Czeka ich sukces czy to tylko huczna zapowiedź, a efekt taki sam jak zawsze?

poniedziałek, 2 października 2017

Spełnieni kontra niespełnieni część I - Arsenal Londyn.

Spełnieni kontra niespełnieni część I - Arsenal Londyn.



Każde okienko transferowe przynosi wszystkim fanom piłki nożnej wielu wrażeń, przeżyć oraz sensacji, a także wiele zaskakujących ruchów. Kluby co chwila biją się także o coraz to młodszych i bardziej utalentowanych piłkarzy, którzy w przyszłości mają stać się gwiazdami światowego formatu. Lecz droga na sam szczyt często jest kręta i zawiła, a wiele obiecujących talentów pozostaje tylko tymi dobrze rokującymi lub zmarnowanymi zawodnikami, którzy odchodzą w niepamięć. Dzisiejszy artykuł otworzy nowy cykl odnoszący się do piłkarzy, którzy spełnili pokładane w nich nadzieje oraz do tych którzy mimo dobrych rokowań zawiedli. Pierwszym zespołem, który weźmiemy pod lupę będzie londyński Arsenal.

Gdybyśmy mieli wymienić zawodników, którzy zostali zapamiętani jako wielkie gwiazdy zespołu "Kanonierów", to z pewnością wśród kibiców znalazłyby się takie sławy jak: Henry, Vieira, Pires, Bergkamp, Lehmann, Seaman, Keown, Adams, Ashley Cole, Ljungberg, Wiltord, Sol Campbell, Gallas oraz Gilberto Silva. Coraz częściej do grona zasłużonych i spełnionych piłkarzy zalicza się także Robina van Persiego, Petra Cecha, Emmanuela Eboue, Alexisa Sanchez'a, Theo Walcott'a, Kolo Toure czy Cesca Fabregas'a. Trzeba przyznać, że jest to zacne grono zawodników, którzy przez wiele sezonów zachwycali luz zachwycają kibiców, czy to na nieistniejącym już Highbury Stadium czy na obecnym The Emirates Stadium swoimi umiejętnościami. 
 
"The Invincibles"
W historii klubu z północnego Londynu nie zawsze udawało sprowadzać się zawodników, którzy stali się gwiazdami światowego formatu lub zostały legendami klubu i prowadziły "Kanonierów" do kolejnych tytułów. Arsene Wenger z pewnością sam miałby problemy z wymienieniem wszystkich piłkarzy, którzy nie spełnili jego oczekiwań. Klasyfikację niespełnionych zawodników rozpoczniemy od bramkarzy. Czy któryś z najbardziej zagorzałych fanów Arsenalu pamięta takiego golkipera jak Emiliano Viviano? Włoski piłkarz do klubu z The Emirates przybył w 2013 roku z Palermo za 7 mln €. Miał pełnić funkcję zmiennika, a nawet powalczyć o miano "pierwszego" z Wojciechem Szczęsnym. Jednak szybko okazało się, że Viviano nie będzie godnym rywalem i po zaledwie 10 miesiącach wrócił do Palermo nie zaliczając ani jednego występu w pierwszej drużynie Arsenalu.
W ekipie "Kanonierów" nie brakowało także obrońców, którzy uważani byli za obiecujących, spełniających odpowiednie parametry do gry w Premiership, jednak nie do końca się sprawdzili. Pierwszym z nich z pewnością był Ignasi Miquel - rosły obrońca (1,89cm), który w 2008 roku przeszedł z Cornelii do Arsenalu za 1,25 mln € - robiąca wrażenie kwota jak na wówczas 18-letniego obrońcę. Miquel w pierwszej drużynie rozegrał 14 spotkań i zanotował 1 bramkę. W 2014 roku sprzedany został do Norwich, aktualnie występuje w 2. ligowym hiszpańskim Lugo. Carl Jenkinson to prawy obrońca, który linię defensywną The Gunners wzmocnił w 2011 roku za 1,13 mln €, przechodząc z ekipy Charlton. W barwach Arsenalu wystąpił 62 razy, zdobył 1 bramkę i miał 5 asyst - ten wynik nie zadowala jak na bocznego obrońcę, który w teraźniejszym futbolu musi być na wskroś ofensywny. Jenkinson nadal jest zakontraktowany jako piłkarz z The Emirates, lecz co chwila zostaje wypożyczany do innych zespołów w celu zbierania doświadczenia. Ciekawe czy wróci jeszcze do pierwszego składu?
Kolejnym przykładem niespełnionego, a nawet niewypalonego transferu jest Sebastien Squillaci. Francuz, który święcił sukcesy we Francji oraz Hiszpanii przyszedł do Arsenalu jako doświadczony obrońca na lata. Okazało się, że były piłkarz Lyonu czy Monaco nie jest w stanie rywalizować z Senderosem czy Vermaelen'em. Rozegrał zaledwie 39 spotkań przez 3 sezony i wrócił do  Ligue1. Kolejny francuski obrońca, który dołączył do ekipy Arsene'a Wengera był Mathieu Debuchy. W 2014 roku postanowił zamienić Newcastle na Arsenal. Kibice byli zachwyceni i nie przeszkadzała im nawet suma 15 mln €, którą wydano na prawego obrońcę. Niestety kontuzje nie pozwoliły w pełni wykorzystać potencjału Debuchy'ego. 182 dni spędził na leczeniu zamiast występować w barwach Kanonierów, dlatego też jego dorobek to zaledwie 23 spotkania, 1 bramka i 4 asysty. Ostatnim piłkarzem z linii defensywnej jest Gabriel Paulista. Brazylijczyk w 2015 roku zamienił słoneczną Hiszpanię na deszczową Anglię. Ten transfer kosztował włodarzy 15 mln €, jednak Gabriel przez 3 sezony rozegrał 64 spotkania, zdobył 1 bramkę i raz asystował. Mimo mezomorficznej budowy ciała nie okazał się skałą nie do pokonania. W sierpniu tego roku wrócił do Hiszpanii i występuje w Valencii.
Czas na linię pomocy. Tutaj również włodarze z północnego Londynu popełnili kilka, a nawet kilkanaście pomyłek transferowych, których zapewne żałują. Pierwszym przykładem jest Samir Nasri, uważany kiedyś za następcę Zidane'a, pomocnik przeszedł z Marsylii do Arsenalu za 16 mln € w 2008 roku. W barwach Kanonierów wystąpił 126 razy, strzelił 27 bramek i zanotował 16 asyst. Jak na pomocnika, który miał dowodzić reprezentacją "Trójkolorowych" to bardzo  słaby wynik, z drugiej strony Nasri bardzo wiele czasu spędzał w gabinetach lekarskich niż na boisku (196 dni przez całą kadencję gry w Arsenalu od 2008 do 2011). Wenger w 2007 roku zapragnął ściągnąć do klubu kolejnego francuskiego piłkarza, który stylem i umiejętnościami przypominałby Claude'a Makelele, postanowił, że to właśnie Lassana Diarra będzie takim zawodnikiem. Niestety po raz kolejny był to zły ruch, Diarra zaliczył 12 występów przez jeden sezon gry i szybko został sprzedany do FC Portsmouth. Kolejnym pechowcem, który mimo wielkiego talentu i umiejętności nie rozwinął w pełni swoich skrzydeł jest Jack Wilshere. Angielski pomocnik bardzo wcześnie został sprowadzony do Arsenalu i po roku gry w rezerwach dostał szanse w pierwszym składzie. Wilshere wystąpił jak na razie w 163 spotkaniach i 12 razy wpisywał się na listę strzelców oraz 24 razy asystował swoim kolegom. Jednak od momentu gdy zjawił się w Londynie stracił aż 800 dni na leczeniu kontuzji. W zeszłym sezonie wypożyczono go do Bournemouth, lecz do końca nie zamknięto przed nim drzwi. W tym sezonie znów otrzymał szanse,  czy w końcu ja wykorzysta? Oprócz sprowadzania francuskich piłkarzy, Arsene Wenger często wyszukiwał także zawodników z Brazylii czy Hiszpanii. Jednym z nieudanych zaciągów z Kraju Kawy był Andre Santos, który w 2011 roku dołączył do Arsenalu z tureckiego Fenerbahce za 7 mln €. Wydawało się, że The Gunners w swoich szeregach mają drugiego Daniego Alvesa, lecz 33 występy w 3 sezonach pokazały jak bardzo się pomylili. Oprócz Santosa w barwach Arsenalu występowali Denilson oraz Wellington Silva. Pierwszy, sprowadzony został, by zastąpić swojego rodaka Gilberto Silvę, lecz ciężki charakter i imprezowy styl życia zamknęły mu drogę do wielkiej kariery. Denilson ma na swoim koncie co prawda 153 występy ale potrzebował na to aż 7 sezonów. Wellington Silva sprowadzony został w 2011 roku za 4 mln € z Fluminense, a po 5 latach odsprzedano go z powrotem za 3 mln €. Warto dodać, że w tym czasie nie zaliczył ani jednego oficjalnego występu w barwach Arsenalu.
Jeżeli chodzi o piłkarzy z Hiszpanii, to w linii pomocy rzucają się dwa nazwiska: Santi Cazorla i Fran Merida. Obydwoje piłkarzy miało pełnić rolę playmakera, który będzie dowodził w linii pomocy. Fran Merida został sprowadzony w 2005 roku z La Masii za 3,2 mln € ale 17 występów, 2 bramki i 2 asysty mówią same za siebie. Merida odszedł w 2008 roku, jednak do teraz zostaje jednym z najbardziej niespełnionych talentów w historii piłki nożnej. Cazorla natomiast sprowadzony został w 2012 roku za 19 mln € z Malagi i wydawało się, że godnie przejmie miejsce Fabregasa, lecz zamiast tego Santi przez 5 lat rozegrał 180 spotkań, strzelił 29 bramek i miał 45 asyst. Aktualnie leczy kontuzje ale wątpliwe, że doprowadzi Arsenal do jakiegokolwiek sukcesu. Na podsumowanie linii pomocy pozostaje przedstawić holenderskiego pomocnika, który w 2002 zamienił szkółkę Ajaxu na Arsenalu. Szybko jednak przekonano się, że Quincy Owusu Abeyie nie zostanie armatą Kanonierów (18 meczów, 1 bramka).
Zawodnicy, którzy nie spełnili pokładanych nadziei.
Pozostaje jeszcze linia ataku. W składzie niespełnionych napastników znajdą się nazwiska, które zapewne każdy fan piłki kojarzy. Pierwszym jest Brazylijczyk, który występował w reprezentacji Chorwacji czyli Eduardo, za którego w 2007 roku zapłacono 3,5 mln €. Poważne złamanie nogi jednak przystopowało jego pobyt na The Emirates. W 69 spotkaniach zaliczył 22 bramki. W 1999 roku na Highbury przeniósł się król strzelców MŚ z 1998 roku - Davor Suker. Chorwat jednak w barwach Arsenalu nie udowodnił swojego kunsztu strzeleckiego, tylko 10 bramek w 35 występach. W 2004 roku za 20 mln € sprowadzono Jose Antonio Reyesa, któremu wieszczono wielka karierę. Liga angielska zweryfikowała umiejętności Hiszpana, który przez 3 sezony gry uzbierał 109 występów i 23 bramki, ostatecznie w 2007 roku opuścił Arsenal i przeszedł do Atletico Madryt. Zimą 2006 roku Arsenal zakontraktował "perełkę" z Meksyku - Carlos Vela - przeniósł się z Guadalajary do Anglii. Szybko okazało się, że Vela ma problemy z aklimatyzacją w nowym miejscu i włodarze zaczęli go wypożyczać do innych  klubów. W 2012 roku definitywnie opuścił Arsenal na rzecz Realu Sociedad. Dorobek bramkowy to 11 bramek w 64 występach. W 1997 roku Arsenal postanowił sprowadzić Luisa Boa Morte ze Sportingu Lizbona, kompletny niewypał, przez 2 lata gry rozegrał 30 spotkań i strzelił aż 1 bramkę. Kilka lat po Mistrzostwach Świata z 2002 roku wzrósł popyt na piłkarzy z Korei oraz Japonii. Tym trendem podążył także Arsenal, który zauważył potencjał w Ju-Yeong Parku oraz Ryo Miyaichim. Miyaichi zagrał aż 7 spotkań w pierwszym składzie, a Ju-Yeong Park nie został drugim Park-Ji Sungiem i szybko wrócił do swojego rodzimego kraju. Na koniec pozostaje podsumować trzech napastników z umiejętnościami ale i bardzo ciężkimi charakterami. Marouane Chamakh to napastnik rodem z Maroka. Wenger sprowadził go ponieważ imponował w Ligue1, szybko okazało się, że Chamakh nie będzie drugim Henry'm, tylko 14 bramek w 67 meczach... mówi samo za siebie. Kolejny eksperyment to Yaya Sanogo sprowadzony w 2013 roku z AJ Auxerre rosły napastnik miał być drugim Kanu, lecz w 20 spotkaniach zdobył tylko jednego gola, a w kadrze Arsenalu widniał przez 4 sezony. Na koniec pozostaje przedstawić napastnika, który inspirował się popisami braci Laudrup, lecz w żadnym stopniu nie osiągnął tego co Michael czy Brian. Kanonierzy zakontraktowali Bendtnera w 2004 roku. Poważną szansę w pierwszej kadrze popularny "Lord Bendtner" otrzymał w 2007 roku. Ciężki charakter nie pozwolił w pełni rozwinąć jego umiejętności co spowodowało tułaczkę po kilkunastu klubach (Sunderland, Juventus, Wolfsburg, Nottingham, teraz Rosenborg) i zmarnowanie talentu. Warto dodać, że w barwach Kanonierów uzbierał 171 spotkań, 47 bramek, 22 asysty.
 
Jedenastka niespełnionych, która nie wykonała swojego zadania w barwach Arsenalu.
W ostatnich latach widać jak bardzo Arsenal stał się zespołem, którego nie boją się nawet "średniacy" europejskiej piłki. Z jednej strony można tutaj obwiniać włodarzy za nieprzemyślane transfery oraz Arsene'a Wenger'a za swoją upartość i przestarzałą filozofię gry, które skutkują niepowodzeniem w lidze i pucharach. Z drugiej strony szkoda, że czasem piłkarze przychodzący do Arsenalu nie potrafią nawiązać do czasów "The Invincible", kiedy to stadiony Premiership drżały przed Henry'm, Vieirą, Pires'em, Bergkamp'em czy Ljungbergiem. Oby w kolejnych sezonach Kanonierzy dokonali transferów, które przyniosą więcej sukcesów niż niepowodzeń.  
continue reading Spełnieni kontra niespełnieni część I - Arsenal Londyn.

czwartek, 21 września 2017

Koniec kariery, egzotyczna przygoda czy może powrót na stare śmieci - co dalej z van Persiem ?

Koniec kariery, egzotyczna przygoda, a może powrót na stare śmieci - co dalej z van Persiem?


Członek jednego z najbardziej utalentowanego pokolenia reprezentacji "Oranje", do tego najlepszy strzelec w historii KNVB. Znany także z jednego z najbardziej spektakularnych i znienawidzonych transferów w dziejach futbolu oraz angielskiej Premiership. Z drugiej strony przykład, że sport to dyscyplina, która bardzo mocno wpływa na ludzki organizm. O kim mowa? oczywiście o Robinie van Persiem, który powoli, a może nawet i w ekspresowym tempie żegna się z wielkim futbolem.
Robin van Persie strzela bramkę, która na zawsze pozostanie w pamięci kibiców.

Robin van Persie to piłkarz, który znany jest każdemu kibicowi na całym Świecie. Zapewne wielu sympatyków kojarzy go z występów w Feyenoordzie, Arsenalu, Manchesterze United oraz oczywiście reprezentacji Holandii. Lecz od kilku sezonów blask popularnego "RVP" gaśnie. Od momentu przenosin nad Bosfor van Persie jest tylko cieniem zawodnika, który brylował i zadowalał kibiców swoimi dryblingami czy pięknymi bramkami. Z wiekiem jednak Robin stał się piłkarzem bardziej podatnym na kontuzje, a to spowodowało, że nie pokazał w całości swoich umiejętności. Kilka dobrych lat gry w Arsenalu Londyn, dla którego zdobył 131 bramek w 276 występach we wszystkich rozgrywkach, nie przełożyło się na sukcesy w postaci triumfów w pucharach czy lidze. Z tego powodu postanowił przenieść się do jednego z odwiecznych rywali "Kanonierów" - Manchesteru United za wysoką, jak na tamte czasy, kwotę 30,7mln € czym rozwścieczył fanów z The Emirates, którzy po potwierdzeniu transferu palili koszulki z nazwiskiem van Persie. Przygoda w klubie z Old Trafford początkowo była bardzo efektowna i obiecująca. Van Persie już w pierwszym sezonie w barwach "Czerwonych Diabłów" obronił koronę króla strzelców z poprzedniego sezonu oraz zdobył mistrzostwo Anglii - co nigdy nie udało mu się w barwach Arsenalu. Natomiast w reprezentacji "Oranje" przez te dwa bardzo udane lata (2012-2013) zdobył 16 bramek w 20 meczach. Wydawało się, że w czerwonej części Manchesteru pojawił się nowy bohater na miarę choćby Ruuda van Nistelrooya. Lecz po raz kolejny organizm van Persiego dał się we znaki i sezon 2013/14 nie był już tak udany. Robin stracił 101 dni na leczeniu kontuzji czy to uda czy kolana, a jego dorobek strzelecki nie był już tak imponujący - tylko 12 bramek w Premiership pokazuje ile stracił na leczeniu urazów. Nawet selekcjoner reprezentacji Louis van Gaal mocno zastanawiał się nad powołaniem dla van Persiego na Mistrzostwa Świata w Brazylii. Ostatecznie "RVP" pojechał z reprezentacją i okazał się jednym z najważniejszych piłkarzy w talii selekcjonera "Oranje". W Brazylii van Persie zdobył 4 bramki i wraz z takimi piłkarzami jak: Sneijder czy Robben, przyczynił się do zdobycia brązowego medalu reprezentacji Holandii na tym turnieju. Statystyki van Persiego w poszczególnych  klubach oraz reprezentacji:

Po bardzo udanych mistrzostwach, Robin znów miał stanowić o sile ataku Manchesteru United, lecz forma z mistrzostw nie przełożyła się na Premiership, a w trakcie sezonu doznał kolejnej kontuzji, która wykluczyła go na kolejne 52 dni. Władze United zdecydowały, że po sezonie pożegnają się z Robinem. Nowym pracodawcą okazało się tureckie Fenerbahce Istambuł. Wydawało się, że w nowym klubie odzyska skuteczność i wróci do dawnej formy, w pierwszym sezonie zdobył 16 bramek w rozgrywkach Süper Lig i wydawało się, że van Persie znów wraca do dawnej dyspozycji...nic podobnego, kolejny sezon pokazał, że organizm Robina jest coraz słabszy. "RVP" częściej znajdował się poza kadrą lub kolejne dni spędzał w gabinetach lekarzy. W sezonie 2016/17 Holender zdobył zaledwie 9 bramek i gołym okiem widać, że kariera tego jakże uzdolnionego piłkarza i najlepszego strzelca w historii reprezentacji "Oranje" nieubłagalnie dobiega końca. W zamkniętym już okienku transferowym, pisano o tym, że van Persie może zmienić otoczenie i wrócić na De Kuip, gdzie rozwijał swoją piłkarską karierę. Do transferu mocno namawiał go były kolega z reprezentacji oraz Feyenoordu - Dirk Kuyt - niestety do transferu nie doszło ponieważ władze klubu z Rotterdamu obawiały się o stan zdrowia "RVP". 34 letni napastnik w tym okienku wiązany był również z przenosinami do ligi chińskiej czy krajów arabskich, jednak byłaby to już tylko sportowa emerytura oraz szansa na wzbogacenie swojego konta bankowego. 

Robin van Persie najlepszy strzelec w historii reprezentacji Holandii.
Robin van Persie jest postacią, która na zawsze zostanie zapamiętana w historii piłki nożnej nawet po zakończeniu kariery. Nie tylko ze względu na swoje fantastyczne bramki - choćby ta z Mistrzostw Świata z 2014 roku w meczu z Hiszpanią - ale także za sukcesy klubowe i reprezentacyjne oraz swoją podatność na kontuzje. Może w przyszłości będziemy mogli dopisać mu inne momenty...bo kto wie czy już za kilka lat nie stanie się trenerem, menadżerem czy selekcjonerem i sięgnie po najważniejsze trofea z ławki trenerskiej. To tylko domysły i spekulacje, bo może z drugiej strony odseparować się od świata futbolu i rozwijać inne umiejętności np.: malarstwo czy rzeźbiarstwo - jak rodzice, którzy są artystami. Niewątpliwie jednego możemy być pewni - "RVP" był i będzie geniuszem w swoim fachu, a że jego kariera dobiega końca... no cóż kiedyś każdy musi zejść ze sceny.
 
continue reading Koniec kariery, egzotyczna przygoda czy może powrót na stare śmieci - co dalej z van Persiem ?

piątek, 15 września 2017

Östersund FK - kopciuszek rodem ze Szwecji wkracza w europejskie puchary.

Östersund FK - kopciuszek rodem ze Szwecji wkracza w europejskie puchary.



Wczoraj rozegrane zostały spotkania w ramach pierwszej kolejki Ligi Europy - młodszej siostry Ligi Mistrzów. Jak co roku do tych coraz bardziej popularnych rozgrywek kwalifikują się zespoły dla których mecze z bardziej doświadczonymi i zasłużonymi klubami w Europie to szansa na zaprezentowanie się i promocję na Starym Kontynencie. W tegorocznej edycji Ligi Europy nie brakuje zespołów, które po raz pierwszy mają okazję zagrać z zespołami z wyższej półki i z bardziej prestiżowych lig. Do grona debiutantów z pewnością zalicza się szwedzki Östersund FK, który wczoraj pokonał wyżej notowaną Zoryę Luhańsk 2:0. Prześledźmy jaką drogę musiał przebyć klub by znaleźć się w fazie grupowej Ligi Europy.
Tak kibice Östersund wspierają swoich piłkarzy w spotkaniach na własnym stadionie.
 
Szwedzki zespół jest jednym z najkrócej prosperujących klubów w Europie, powstał w wyniku fuzji trzech lokalnych klubów w 1996 roku: Ope IF, IFK Östersund oraz Östersund/Torvalla IF. Rok później do nowo utworzonego projektu dołączył kolejny zespół Frösö IF. W 1997 roku Östersund FK zadebiutował w rozgrywkach trzeciej dywizji. W kolejnych dwóch sezonach zespół walczył w barażach o awans do drugiej dywizji, jednak nieskutecznie. Kolejne sezony również nie przyniosły awansu do wyższej klasy rozgrywkowej, a w 2010 klub po raz pierwszy spadł do czwartej ligi. Upór oraz wytrwałość w dążeniu do celu Daniela Kindberga - prezesa klubu - nie pozwoliły na to by zespół oraz projekt ze środkowej części Szwecji upadł. Najpierw Kindberg znalazł wsparcie finansowe jakim było nakłonienie lokalnych firm do współpracy z klubem z Östersund. Daniel Kindberg to były szwedzki najwyższy poruczniki w Armii i znany jest z bardzo solidnego planowania, już jako porucznik zasłynął z szeregu misji zagranicznych do Bośni, Konga oraz Libii. Teraz Kindberg znakomicie radzi sobie w Östersund, w najbliższych latach planuje doprowadzić zespół do fazy grupowej Ligi Mistrzów. W celu realizacji swoich marzeń nawiązał już wiele kontaktów, które mają ułatwić założony cel.
Fuzja trzech klubów po prawej doprowadziła do powstania Östersund FK.
 
Od początku swojej prezesury kontaktował się z Roberto Martinezem oraz Graemem Jonesem z walijskiego Swansea City skąd wypożyczano młodych zawodników "Łabędzi" aby ogrywali się i nabierali doświadczenia w Östersund. Natomiast w 2014 roku podpisał kontrakt na pół miliarda koron z rządem Libii, aby rozwijać i kształcić libijskich piłkarzy. W styczniu 2011 roku Kindberg zaprosił do siedziby klubu młodego angielskiego trenera Grahama Pottera, któremu przedstawił wizję projektu Östersund. Potter był zafascynowany koncepcją jaką przedstawił mu prezes i zgodził się na współpracę ze szwedzkim klubem. Od momentu objęcia przez Grahama Pottera stanowiska trenera czarno-czerwoni pieli się w górę. Sezon 2011/12 zakończyli na pierwszym miejscu i wywalczyli awans do rozgrywek Superettan (odpowiednik 2. ligi). Trener Potter nie wymagał od prezesa spektakularnych transferów, w klubie z Östersund stawia się raczej na młodych i utalentowanych piłkarzy, którzy nie zawsze ściągani są z tych bardziej znanych i utytułowanych klubów. Graham Potter wcześniej pracował na Uniwersytecie w Hull oraz Leeds, gdzie zauważył kilku dobrze prosperujących zawodników z Nike Football Academy, których postanowił później sprowadzić do klubu. David Accam oraz Seon-Min Moon to zawodnicy sprowadzeni z Nike Football Academy przez Grahama Pottera. Co ciekawe żaden z aktualnie grających piłkarzy w kadrze czarno-czerwonych nie przekracza wartości 1 miliona €, natomiast cały zespół według portalu Transfermarkt.de wart jest 8,05mln €.
Daniel Kindberg oraz Graham Potter gwarancja sukcesu drużyny Östersund.
Klub pod wodzą Kindberga i Pottera spisywał się coraz lepiej w rozgrywkach Superettan. W pierwszym sezonie zajęli 10 miejsce, w 2013/14 - 5 miejsce, a w kolejnym wywalczyli awans do najwyższej klasy rozgrywkowej z drugiego miejsca. Ambitny plan prezesa Kindberga wreszcie zaczął działać. Większość ekspertów uważało jednak, że Östersund bardzo szybko wróci tam skąd przybyło. W kampanii 2015/16 czarno-czerwoni spokojnie utrzymali się w lidze. Zajmując 8 pozycję pokazali wszystkim niedowiarkom, że nie mają zamiaru opuszczać elity szwedzkiej piłki, a do tego udało im się triumfować w rozgrywkach o Puchar Szwecji wygrywając z IFK Norrköping aż 4:1, co dało im szansę występu w kwalifikacjach do europejskich rozgrywek. Tak dobry sezon z pewnością zamknął usta wszystkim krytykom.
Pierwsze sukcesy już są, puchar Szwecji wywalczony w zeszłym sezonie.

Przed nowym sezonem trener Potter wraz z prezesem obrali sobie kilka założeń, które chcieli spełnić. Jednym z nich był awans do europejskich pucharów, drugim natomiast zajęcie jak najwyższej pozycji w lidze. Oba te cele były wyjątkowo trudne ponieważ już na samym początku walka o rozgrywki LE mogła skończyć się fiaskiem. Östersund w drugiej rundzie kwalifikacyjnej przyszło się zmierzyć z tureckim Galatasaray. Nikt nie wierzył w to, że podopieczni Grahama Pottera pokonają zasłużony klub z Turcji. Nieoczekiwanie Galata poległa w pierwszym spotkaniu 2:0, a w rewanżu tylko zremisowała 1:1 i to Östersund awansowało do kolejnej rundy. Kolejnym przeciwnikiem okazała się drużyna z Luksemburgu - Fola Esch, którą podopieczni Poterra pokonali 1:0 i 2:1. Awans do ostatniej rundy kwalifikacyjnej był już sporym sukcesem. W ostatniej rundzie kwalifikacyjnej na Szwedów czekała kolejna przeszkoda jaką był grecki PAOK Saloniki. Podobnie jak w pierwszym spotkaniu z Galatasaray piłkarze Östersund poradzili sobie z PAOK-iem wygrywając 2:0, lecz w drugim spotkaniu przegranym 1:3 do ostatnich minut musieli drżeć o awans. Koniec końców jednak udało się zrealizować pierwsze z przedsezonowych założeń jakim był awans do europejskich rozgrywek. Wczoraj podopieczni Grahama Pottera wygrali pierwsze wyjazdowe spotkanie w grupie z Zoryą Luhańsk 2:0 i znakomicie zaprezentowali się szerszej publiczności. Kibice z Jämtkraft Arena z pewnością zacierają już ręce i z niecierpliwością czekają na takich przeciwników jak Hertha Berlin czy Atlhletic Bilbao.
Radość piłkarzy po wygranych spotkaniach w kwalifikacjach Ligi Europy oraz podgląd na stadion Jämtkraft.


Prezes Kindberg z pewnością zadowolony jest z dotychczasowej sytuacji klubu. Östersund FK ma solidną kadrę złożoną w większości z młodych i perspektywicznych zawodników, którym nie trzeba dużo płacić, a chce im się grać o najwyższe cele, co w tych czasach jest ewenementem. Wspierany jest przez lokalne firmy oraz posiada nie byle jakich partnerów na przykład w postaci koncernu Volkswagena. Posiadają także jasno postawiony cel odnośnie filozofii klubu. Widać, że wszytko w tym klubie jak na razie współgra. Kto wie czy w najbliższych latach Östersund nie będzie walczyć o tytuł mistrza Szwecji oraz w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Z pewnością wiele zawdzięczają trenerowi, który w przyszłości może zostać okrzyknięty przez szwedzkich kibiców magikiem futbolu...nazwisko ku temu ma jak najbardziej odpowiednie.      
continue reading Östersund FK - kopciuszek rodem ze Szwecji wkracza w europejskie puchary.

niedziela, 3 września 2017

Obiecująca kariera, która przemieniła się w jeden z największych piłkarskich upadków.

Obiecująca kariera, która przemieniła się w jeden z największych piłkarskich upadków.


 W piłkarskim środowisku jest wiele przykładów, które pokazują nam, że talent nie zawsze idzie na równi ze zdrowym rozsądkiem. Za znakomity wzór źle kierowanej kariery wymienić można choćby Maradonę, George'a Best'a lub Paul'a Gascoigne'a, w ostatnich  latach  do  ich grona dołączył również Brazylijczyk, który talentem nie odstawał od takich zawodników jak Ronaldo, Kaka czy Ronaldinho. Zobaczmy jak potoczyła się kariera jednego  z niegdyś najbardziej obiecujących napastników, który występował w  reprezentacji "Canarinhos".
Adriano Leite Ribeiro

Adriano Leite Ribeiro to aktualnie 35 letni - były - piłkarz, który swoją przygodę z piłką rozpoczynał w brazylijskim Flamengo Rio de Janeiro. Jest to jeden z najbardziej cenionych klubów w Ameryce Południowej, produkujący także całą masę piłkarskich talentów. To właśnie z ich szkółki w 1997 roku Światu objawił się Adriano Leite Ribeiro. Młody Brazylijczyk na występy w pierwszej drużynie musiał czekać do sezonu 2000, kiedy to w 27 występach zanotował 8 bramek. Kolejny sezon był słabszy, lecz nie przeszkodziło to rosłemu napastnikowi na zmianę barw klubowych. Przed sezonem 2001/02 Adriano został wykupiony przez Inter Mediolan, który widział w nim następcę innego świetnego brazylijskiego napastnika Ronaldo. Początki piłkarzy z Kraju Kawy na kontynencie europejskim nie należą do najłatwiejszych, podobnie było też w przypadku Adriano. Inter po 6 miesiącach zdecydował się wypożyczyć Adriano do  Fiorentiny, w której młody Brazylijczyk zaliczył 15 występów i strzelił 6 bramek. Włodarze Interu po dobrym półroczu nie zdecydowali się na włączenie Adriano do pierwszego składu, dlatego też zdecydowali, że w kolejnym sezonie sprzedadzą go do innego klubu. Adriano zainteresował się klub z Stadio Ennio Tardini czyli Parma. Pewnie niewielu polskich kibiców pamięta, że Adriano wystąpił w rewanżowym spotkaniu Pucharu UEFA w sezonie 2002/03, w którym Wisła Kraków wyeliminowała Parmę w dwumeczu po dogrywce. Adriano zdobył bramkę w meczu rewanżowym na stadionie przy ulicy Reymonta. Po dwóch sezonach  spędzonych  w Parmie dla której zdobył 26 bramek w 45 występach ponownie został wykupiony przez Inter Mediolan, który tym razem dał mu szansę na zostanie gwiazdą wielkiego formatu. W Interze Mediolan spędził 6 sezonów, 4 z nich były bardzo dobre dla napastnika urodzonego w Rio. 180 występów i 75 bramek powinno mówić samo za siebie, w międzyczasie Adriano otrzymał ksywę "Imperator" oraz stał się jednym z najważniejszych  piłkarzy reprezentacji "Canarinhos"
Adriano w barwach Fiorentiny, Parmy oraz Interu.

W sezonie 2007/08 "Imperator" popadł w konflikt z ówczesnymi władzami klubu, zwada spowodowana była niesportowym trybem życia w wykonaniu Brazylijczyka.  Swoją formę odbudować miał w rodzimym klubie z Flamengo, jednak nie był to chyba najlepszy pomysł. Adriano zamiast znaleźć swoją dawną formę i chęć do gry stoczył się na piłkarskie dno. Cały piłkarski Świat zastanawiał się jak doszło do upadku tak dobrze zapowiadającego się piłkarza jakim był Adriano. Aby to wytłumaczyć trzeba się cofnąć do momentu śmierci ojca Adriano - Amir zmarł na zawał serca pod koniec 2004 roku - od tego momentu napastnik popadł w głęboką depresję, z której wyciągał go tylko alkohol. "Imperator" coraz częściej sięgał do kieliszka bo jak sam stwierdził:Mój ojciec zawsze mnie wspierał. Lubił patrzeć jak gram. Kiedy go straciłem, zaczęły się wszystkie moje problemy, również z alkoholem. Piłem dużo, bez ustanku i nie mogłem przestać”. Włodarze i piłkarze Interu starali się pomóc Brazylijczykowi, jednak nieskutecznie. Kilka lat po zakończeniu kariery, legenda oraz ikona "Nerazzurich" - Javier Zanetti - powiedział, że oddał by wszystko co osiągnął z drużyną z Giuseppe Meazza w zamian za pokonanie depresji Adriano. Zanetti stwierdził także, że bezowocna walka z problemami Adriano jest jego największą porażką w życiu nie tylko sportowym ale i osobistym. 
Oprócz depresji czy problemów z alkoholem Adriano stał się także człowiekiem/piłkarzem z porcelany. Coraz częściej przytrafiały mu się długotrwałe kontuzje, które spowodowały, że jeszcze częściej zaglądał do kieliszka. Podczas pobytu w Brazylii, Adriano upił się w jednym z barów po czym wsiadł za kierownicę i utracił prawo jazdy za jazdę po pijaku. Do tego wplątał się w handel narkotykami z miejscowymi dilerami, za który został zatrzymany przez policję, jednak sąd nie znalazł odpowiednich dowodów by ukarać piłkarza karą pozbawienia wolności. To nie wszystkie eskapady Adriano, w grudniu 2011 roku były napastnik Interu postrzelił przyjaciółkę z pistoletu ochroniarza, którym się rzekomo "bawił".  Od 2011 roku "Imperator" znikał jak kamfora, raz podpisywał kontrakt z Corinthians, by szybko zrezygnować z gry, później po raz kolejny próbował swoich  szans w Flamengo, Atletico Paranense oraz Miami United. Lecz w żadnym z tych klubów nie zadomowił na dłużej oraz nie wrócił już do formy sprzed lat.
Chyba nie tak powinna wyglądać sylwetka napastnika reprezentacji Brazylii.
W reprezentacji Brazylii zdobył 27 bramek w 48 występach i zdobył z nią Copa America w roku 2003/04, a także wygrał Puchar Konfederacji w 2005 roku dodatkowo na tych dwóch imprezach udało mu się zdobyć tytuł króla strzelców. Niestety teraz Adriano zamiast zdobywać tytuły woli przesiadywać w jednej z najbiedniejszych dzielnic Rio de Janeiro - Faweli, która znana jest z handlu narkotykami, gangsterki oraz porachunków, a także z biedy czy nędzy.
Adriano postanowił zakończyć karierę w dzielnicy - Fawela.
Kariera Adriano pokazuje jak łatwo można przekroczyć cienką granicę pomiędzy życiem na poziomie, a całkowitym upadkiem oraz do jakiego stanu prowadzić może alkohol i depresja oraz wiele innych używek. Wątpliwe, że jeszcze kiedykolwiek usłyszymy jakąś pozytywną informację o tym jakże obiecującym napastniku, prędzej dotrą do nas fakty, o których wolałbym nie mówić na głos. Nieuniknione jest jednak to, że po raz kolejny za wcześnie pożegnaliśmy piłkarza o nietuzinkowych niegdyś umiejętnościach do gry.             
continue reading Obiecująca kariera, która przemieniła się w jeden z największych piłkarskich upadków.